Bartosz Mazurek latem wyjechał z Polski. Nowy klub wybrał mądrze i rozważnie. Postawił na RB Salzburg – znany z formowania talentów w zawodników gotowych na podbój największych stadionów. I to mu się opłaciło.
Stajnia Red Bulla w Salzburgu szkoli, ogrywa i wypuszcza. Są symbolem jakości. Nowych zawodników, gotowych do bitew na monumentalnych stadionach europejskich produkują masowo. Co rusz pojawiają się kolejne nazwiska, które za wielomilionowe transakcje trafiają do wielkich, legendarnych wręcz klubów.
Największe sprzedaże w historii austriackiej Bundesligi przypadają właśnie im. Listę okupują charakterystyczne dwa szarżujące byki, za nimi duże, złociste słońce. A przy nich wszystkim dobrze znane gwiazdy futbolu.
Jednym z nich jest Erling Haaland. Przychodził tam jako gracz niemalże anonimowy z rodzimego Molde. W Salzburgu zdołał pokazać swój talent szerszej publiczności, w tym w europejskim salonie – w Lidze Mistrzów. Jego talent rozbłysnął, na zmianę klubu wystarczył mu zaledwie rok. Za 20 milionów euro kupiła go Borussia Dortmund. Strzelać nie przestał. Niedługo później trafił o kolejny szczebel wyżej, pod skrzydła Pepa Guardioli w niebieskiej części Manchesteru. Dziś tylko powiększa swoją legendę w Anglii i w narodowych barwach Norwegii, bo stał się nią już dawno.
Kuźnia talentów
By była jasność – nie wieszczę teraz Bartoszowi Mazurkowi kariery na poziomie Haalanda (choć, rzecz jasna, tego mu życzę). Pokazuję wyłącznie, że w Salzburgu są przetarte szlaki przez wielkich. Tam nie ma ograniczeń. Ekosystem Red Bulla pozwala na rozwinięcie skrzydeł – bądź nawet ich dodanie, jak głosi reklamowy slogan firmy. Dzięki temu młode talenty zyskują przestrzeń pozwalającą na realizację największych piłkarskich marzeń.
I choć Polak wyróżnia się w Austrii, to na zbytnią euforię jest jeszcze za wcześnie. Podobnego zdania jest mój rozmówca, Thomas Gottsmann, dziennikarz „Salzburger Nachrichten”: – Za nami dopiero kilka spotkań, ale jeśli Mazurek będzie rozwijał się w tym tempie, ma wszelkie papiery na to, aby w przyszłości trafić do czołowej ligi Europy. Na razie jest jednak za wcześnie, by wybiegać tak daleko w przyszłość.
Trener XXI wieku
Bartosz trafił pod skrzydła trenera, który doświadczenie i szkoleniowy szlif zbierał właśnie w Red Bullu. Danny’emu Rohlowi piłkarską karierę zakończyła kontuzja. Uraz odniesiony w wieku zaledwie 20 lat zmusił go do opuszczenia pięcioligowego Eilenburga i odnalezienia się w innej życiowej roli. Z futbolem się nie rozstał. Jako że od dwóch lat studiował nauki o sporcie, pozwoliło mu to zatrudnić się w dopiero raczkującym projekcie w Lipsku, który szukał wówczas innowacyjnych rozwiązań. Objął tam funkcję szefa działu analiz meczowych w akademii młodzieżowej. Awans do sztabu pierwszej drużyny RB Lipsk zajął mu cztery lata. Pracował m.in. u boku Ralfa Rangnicka, a na ostatnim etapie przygody stał się asystentem Ralpha Hasenhuttla, ówczesnego trenera. Za austriackim szkoleniowcem podążył aż do Anglii, gdzie pracował jako jego prawa ręka w Southampton.
Misja utrzymania klubu w Premier League zakończyła się powodzeniem. Rohl nie spędził jednak na Wyspach dużej ilości czasu. Obaj panowie rozstali się ze sobą oficjalnie 6 sierpnia 2019 roku, kiedy po młodego szkoleniowca zgłosił się niemiecki gigant, Bayern Monachium. Drużyną przewodził wtedy Niko Kovac. Współpraca nie potrwała długo – Chorwat został zwolniony zaledwie trzy miesiące później, a wspólnie poprowadzili zespół łącznie w 15 spotkaniach.
„Dokonaliśmy razem cudu”
Można powiedzieć, że wówczas wszystko nabrało rozpędu, a kariera Danny’ego przybrała formę oniryczną, jak ze snu. Po podziękowaniu Kovacowi przez Bayern, Rohl pozostał w klubie, a do Monachium przybył Hansi Flick. W tamtym czasie święcił swoje największe sukcesy i prawdopodobnie przeżywał najlepszy okres w karierze. Hansi wraz z Dannym i jego drugim asystentem, Hermannem Gerlandem, stworzyli drużynę-legendę, o której w Bawarii będą wspominać jeszcze przez wiele lat. Wygrali siedem trofeów, w tym to najpiękniejsze i najważniejsze na całym kontynencie – Ligę Mistrzów.
Gdy złoty monachijski okres dobiegł końca, a Hansi Flick odszedł z drużyny, Rohl zrobił to wraz z nim. Krótko potem wspólnie dostąpili obywatelskiego zaszczytu i objęli stanowiska w reprezentacji Niemiec. Pobyt nieudany, na Mistrzostwach Świata w Katarze nie udało im się wyjść z grupy. Klęska zwieńczona zwolnieniem.
Wtedy rozpoczął karierę na własną rękę. Sheffield Wednesday, drugoligową angielską drużynę, objął 13 października 2023 roku. Po 11 kolejkach zespół miał na koncie zaledwie trzy remisy. Szorowali po dnie, byli głównymi kandydatami przed – wydawałoby się, nieuchronnym – spadkiem. Rohl zdołał ich utrzymać. W kolejnym sezonie – fenomenalne 12. miejsce, najlepsze od sześciu lat. Finalnie Sheffield opuścił za obopólną zgodą z powodu konfliktu z właścicielem Dejphonem Chansirim i nieustannych problemów finansowych klubu. Niemiec żegnał się słowami: – Dokonaliśmy razem cudu. I miał rację, dokonali go. W ubiegłej kampanii spadli do League One, zajęli ostatnie miejsce w rozgrywkach.
Pod skrzydłem Hansiego Flicka
– Zaryzykuję i powiem, że to najlepszy menedżer, pod jakim pracowałem. Jest genialny – wypowiadał się dla BBC kapitan Wednesday za kadencji Niemca, Barry Bannan, po ogłoszeniu Danny’ego Rohla jako nowego szkoleniowca szkockiego Rangers. Podobnie jak w Sheffield, przychodził w mało sympatycznej sytuacji. 6. miejsce w Scottish Premiership, bez ani jednego punktu po dwóch meczach w Lidze Europy. Protesty przeciwko dyrektorowi generalnemu Patrickowi Stewartowi i dyrektorowi sportowemu Kevinowi Thelwellowi. I ponownie zachwycił. Przywrócił drużynę do walki o mistrzostwo, ostatecznie znalazł się z nią na ostatnim stopniu podium.
Powodzenia w nowej przygodzie życzył mu stary znajomy, Hansi Flick. – Wciąż mam bardzo bliski kontakt z Hansim Flickiem, myślę, że rozmawiamy ze sobą wiele razy w miesiącu” – opowiadał Rohl w rozmowie ze Sky Sports News. – Ja śledzę jego ścieżkę [kariery – przyp. red.], a on śledzi moją. Jeśli czegoś potrzebuję, mogę go o to zapytać.
Obu szkoleniowców łączą także aspekty stricte trenerskie. – Poza aspektami taktycznymi, szczególnie doceniłem styl zarządzania zespołem Hansiego Flicka – sposób, w jaki utwierdzał zawodników w ich mocnych stronach, angażował się z nimi w rozmowy i udzielał im informacji zwrotnych. Flick zawsze chronił swoją drużynę. Dla mnie również stały, dobry kontakt z piłkarzami jest bardzo ważny, przy czym nie zmniejszam moich wysokich wymagań wobec nich – czy to podczas treningu na boisku, czy na odprawach taktycznych – Danny Rohl w wywiadzie dla „kickera” w 2024 roku.
Pewne podobieństwa dostrzega także Mieszko Pugowski, ekspert odnośnie do austriackiej piłki: – Myślę, że Rohl jest do Flicka podobny, chociaż mniej radykalny. Na pewno Salzburg nie gra aż tak wysoką linią i aż tak agresywnym pressingiem. Salzburg cechuje duża wszechstronność w tworzeniu akcji, dużo jest u nich piłek prostopadłych w pole karne, ale także dośrodkowań czy indywidualnych akcji skrzydłowych.
Przywrócić świetność w Salzburgu
– Salzburg reprezentuje odważną, intensywną i ofensywną piłkę nożną – styl, z którym mocno się utożsamiam i który pasuje do mojej wizji gry. Razem chcemy zbudować drużynę, która gra z energią, pasją i jasnym planem na grę – zapowiadał nowy trener Salzburga po podpisaniu kontraktu. – Naszym celem musi być przywrócenie Salzburgowi tytułów mistrzowskich i reprezentowanie klubu z sukcesem na arenie międzynarodowej. Będziemy ciężko pracować każdego dnia, aby to osiągnąć.
Jeden fragment jest szczególnie istotny: „przywrócenie Salzburgowi tytułów mistrzowskich”. Przez trzy ostatnie sezony RB Salzburg nie był w stanie zakończyć austriackiej Bundesligi na samym szczycie. Dziwne, prawda? Jeszcze do niedawna był w Austrii hegemonem, a bycie częścią klubowej franczyzy Red Bulla zapewniało klubowi dominację absolutną. W powrocie do świetności ma pomóc właśnie Danny Rohl, główny kandydat pionu sportowego Salzburga. Za jego zatrudnieniem mocno optował także Jurgen Klopp.
– Przyczyny regresu były dwie – problem ze znalezieniem dobrego dyrektora sportowego po tym, jak odszedł Freund i problem ze znalezieniem dobrego trenera po tym, jak z klubu uciekł Matthias Jaissle. Do klubu przychodzili średni piłkarze i średni trenerzy. Teraz wygląda na to, że oba problemy zostały zażegnane. Myślę, że Salzburg jest największym faworytem do zostania mistrzem w tym sezonie. Szczególnie że w tym sezonie po podziale ligi na grupy zdobyte punkty nie będą już dzielone o połowę. Minimalnie nad Salzburgiem w tabeli jest LASK, które jednak pierwszy raz od dawna musi łączyć ligę z pucharami. To może im przysporzyć trochę problemów – mówi nam Mieszko Pugowski.
Odmieniona twarz drużyny
– Ostatnie trzy lata były trudne. Po wielu latach sukcesów Salzburg przeszedł przez okres przejściowy – fazę, która wydaje się kończyć pod wodzą nowego dyrektora sportowego, Marcusa Manna. Latem kadra została całkowicie przebudowana, a restrukturyzacja ta wygląda na niezwykle udaną. Oczekiwania w Salzburgu są bardzo wysokie; zarówno kibice, jak i opinia publiczna spodziewają się tytułów oraz pamiętnych występów w europejskich pucharach. W tym sezonie zespół, obok LASK-u, jest uważany za jednego z głównych faworytów do mistrzostwa. Pod wodzą Danny’ego Rohla drużyna gra znacznie lepiej – wypowiada się z kolei Thomas Gottsmann.
– Danny Rohl nie jest krzykaczem, który próbuje zjednać sobie opinię publiczną lub zaimponować jej wielkimi mowami i odważnymi deklaracjami. Nowy trener Salzburga to spokojny, sympatyczny i kulturalny człowiek, który chce imponować przede wszystkim swoją pracą. Jak na razie wykonuje doskonałą robotę. Salzburg gra znacznie lepiej i wygląda na bardziej stabilny zespół niż w ostatnich latach. Zdobywanie bramek było głównym problemem w ciągu trzech ostatnich sezonów; sprowadzając Harisa Tabakovicia, klub zakontraktował prawdziwego snajpera, który spisuje się bardzo dobrze. Pod wodzą Rohla Salzburg uszczelnił obronę i znacząco poprawił swoją grę w ataku – kontynuuje swoją wypowiedź.
Haris Tabakovic, 32-letni Bośniak, jest jednym z wielu wzmocnień, których Salzburg dokonał przed rozpoczęciem sezonu. Okienko było w ich wykonaniu nadzwyczaj aktywne – wydali największą kwotę od trzech lat. Drużynę zasilił m.in. togijski środkowy obrońca, Kevin Boma z ligi portugalskiej, prawy obrońca z Mainz, Nikolas Veratschnig, czy Abubakr Barry z ligowego rywala, Austrii Wiedeń. Łącznie zainwestowali w 13 zawodników ponad 36 milionów euro. Wśród tej kwoty jest także Polak, Bartosz Mazurek – drugi najbardziej wartościowy transfer tego lata (6 milionów), znajdujący się tuż za Kevinem Bomą (7 milionów).
Nowa gwiazda ligi austriackiej
– Kiedy usłyszałem o zainteresowaniu ze strony FC Red Bull Salzburg, przedyskutowałem to z rodziną i przyjaciółmi. Szybko podjąłem decyzję. Wierzę, że Salzburg to jeden z najlepszych klubów w Europie dla rozwoju młodych zawodników – oznajmił dla klubowych mediów Mazurek. W kwestii tego, że Salzburg jest jednym z najlepszych kierunków do rozwoju, miał rację. I to sporą. Bartosz zaliczył piorunujące wejście do drużyny Rohla, w błyskawicznym tempie stał się istotną częścią składu.
Na początku, rzecz jasna, nie było łatwo. Różnica w intensywności gry pomiędzy Austrią a Polską jest spora – zwłaszcza gdy twoim trenerem jest absolwent myśli szkoleniowej Hansiego Flicka. – Nie jest mi łatwo, bo nie byłem przyzwyczajony do tak ciężkich treningów w Polsce, ale powoli się adaptuję – mówił podczas okresu przygotowawczego. W oswojeniu się z nową drużyną i nowymi standardami wspierali go koledzy: – Wszyscy w zespole mi pomagają i są bardzo mili, dzięki czemu bardzo łatwo jest się tutaj zaaklimatyzować.
Jednak teraz po początkowych – oczywiście naturalnych, taka jest kolej rzeczy po zmianie środowiska – problemach nie ma już śladu. Bartosz wpasował się do drużyny idealnie. – Bartosz potrzebował kilku spotkań, aby pokazać swoje atuty, ale w ostatnich tygodniach naprawdę złapał właściwy rytm. Jest dokładnie takim zawodnikiem, jakiego Salzburg szukał. Grając w środku pola u boku Abubakra Barry’ego, daje się poznać jako zaawansowany technicznie pomocnik, który potrafi dyktować tempo gry, a jednocześnie sam stanowi zagrożenie pod bramką rywala. Tym samym odegrał on kluczową rolę w odrodzeniu klubu – chwali go Thomas Gottsmann. Oprócz świetnej gry, Polak dokłada także liczby. W meczu z Austrią Wiedeń strzelił rewelacyjnego gola z dystansu; spotkanie z Rapidem Wiedeń okrasił dwiema asystami; w pucharowej rywalizacji z St. Polten dołożył kolejne trafienie.
Niezastąpiony
– Mazurek teoretycznie gra jako jedna z dwóch „szóstek”, obok Abubakra Barry’ego, ale widać, że gra zupełnie inaczej niż Gambijczyk – Mazurek jest zwykle ustawiony wyżej, szuka szybkiej progresji piłki, dużo go przed polem karnym, jest też aktywniejszy w pressingu. Barry to bardziej „reżyser”, więcej jest przy piłce, tworzy więcej okazji, posyła długie podania. Myślę, że Bartek wyróżnia się intensywnością na boisku i tym, jak często pokazuje się do gry – dopełnia wypowiedź austriackiego dziennikarza Mieszko Pugowski.
Ci dwaj pomocnicy znakomicie ze sobą współgrają. Stworzyli duet, który błyszczy się i mieni na austriackich boiskach. – Bartosz jest zaawansowany technicznie, stanowi zagrożenie pod bramką rywala i świetnie współpracuje z kolegami na boisku. Jak mówiłem, potrzebował kilku tygodni na aklimatyzację, ale teraz stał się wręcz niezastąpiony w środku pola – puentuje Thomas Gottsmann.
W Salzburgu rodzi nam się nowy zawodnik, który za parę lat może stać się najjaśniejszym punkcikiem środka pola w reprezentacji Polski. I choć – jak wspominał mój rozmówca, Thomas – na razie należy być wstrzemięźliwym odnośnie do wieszczenia mu wielkiego transferu, tak są wyraźne powody do optymizmu. Salzburg słynie z kreowania talentów; z wypuszczania ich w wielki świat. Wielu z byłych ulubieńców austriackich kibiców dziś podbija wielotysięczne areny. Fani wykrzykują ich nazwiska w wszelakich kombinacjach, dopingują, gdy ci sięgają po coraz to nowsze i bardziej drogocenne trofea. Bartosz wybrał miejsce idealne do rozwoju talentu. Ciche, ustronne; liga austriacka nie jest rzuceniem się na głęboką wodę. Jednakże wymagające, przygotowujące pod wyboistą ścieżkę – pod okiem trenera, który pracował z legendą, chłonął od niego wiedzę i teraz przekazuje ją dalej. Mam szczerą nadzieję, że Bartosz pójdzie w ślady największych. Tego życzę jemu, ale także sobie i Wam – byśmy mieli kolejny polski powód do radości.